Hasłem nowoczesnych było ?wychodzenie do życia współczesnego". Nie jest to hasło bardzo jasne. Trudno znaleźć artystów, którzy by się programowo od życia współczesnego odcinali: tyle tylko, że różni różnie je rozumieją. O tym, jaki rodzaj związków z życiem cechował różne grupy międzywojennego dwudziestolecia, sporo mogłoby powiedzieć badanie ówczesnego i dawniejszego mecenatu. Niestety ten teren badań jest niemal dziewiczy, toteż kilka uwag w tej kwestii posypać należy z góry szczyptą soli.
Nie całkiem wyraźnie zdajemy sobie sprawę, jak niski był poziom kultury artystycznej po pierwszej wojnie w otoczeniu, do którego zwrócili się młodzi artyści. Chłop już tracił wspaniałą kulturę własną, a jeszcze nie nabył innej, robotnik - podobnie jak chłop - poprzestawał na odpustowych oleodrukach, inteligent w najlepszym razie kochał ?starych mistrzów" i Chełmońskiego, nie widząc jakościowej różnicy między jego karczmą a karczmą Maksymiliana Gierymskiego. Jak się dziwić, kiedy i Witkiewicz nie bardzo umiał tę różnicę dostrzec. Ziemianie, jeśli nie mogli sobie pozwolić na Wojciecha Kossaka, to lubili mieć bodaj Jerzego, ich podobizny malował Janowski, a rzewne biedermeierowskie dworki jego siostry Rychter-Janowskiej, świadczące o szlacheckich koneksjach rodziny mecenasa, zdobiły ściany kupieckich salonów i lekarskich poczekalni, obok supraport z różami Alfonsa Karpińskiego, pastelowych portretów Axentowicza i dzieł secesyjno-ludoznawczych z Hucułami. | |
|